W niedzielę Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oficjalnie potwierdziła najgorsze obawy. Wybuch epidemii wirusa Ebola w Demokratycznej Republice Konga (DR Konga) jest obecnie klasyfikowany jako zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Nie, to nie jest pandemia – nie dajcie się zwieść – ale, jak to określa WHO, sytuacja jest „nagła”. Eksperci obawiają się, że rzeczywista skala katastrofy może zostać ukryta za statystykami.
W poniedziałek BBC udzieliła wywiadu dr Jeanowi Kaseyi z Afrykańskich Centrów Kontroli i Zapobiegania Chorobom. Sytuacja jest krytyczna. W Demokratycznej Republice Konga zgłoszono ponad 390 podejrzanych przypadków tej choroby. Zginęło ponad 100 osób. W Ugandzie potwierdzono dwa przypadki. Tylko dwa? A może na razie tylko dwa?
To jest problem. Większość z nas wierzy, że szczepionki przeciwko wirusowi Ebola już istnieją. Właściwie pojawili się w 2019 r. Ale ten wirus nie jest wirusem, z którym wcześniej walczyliśmy.
Kolejna bestia
Winowajcą obecnej epidemii jest gatunek Bundibugyo. Jest to jeden z trzech typów wirusa Ebola, który może powodować epidemie, ale w przeciwieństwie do wirusa Zair, z którym już się spotkaliśmy, nie ma na niego licencjonowanych leków ani szczepionek. Żadnego.
Ostatnim razem, gdy wirus Bundibugyo podniósł głowę, śmiertelność wśród zakażonych wynosiła od 30 do 50 procent.
„Mamy już śmierć ponad 100 osób” – powiedziała Kaseya. W jego głosie słychać było zmęczenie i strach. „Nie mamy szczepionki, nie mamy leków, które pomogą pacjentom”.
Co więc pomaga? Płyny dożylne. Elektrolity. Utrzymanie stabilnego stanu pacjentów do czasu, aż ich organizm pokona wirusa. Albo przegra. Chodzi o leczenie objawów. Metody są prymitywne, ale to wszystko, co mamy.
Dlaczego wirus rozprzestrzenia się tak szybko?
Może się wydawać, że WHO wprowadza stan wyjątkowy lekko. Ale to nieprawda. Status ten oznacza, że granice są przepuszczalne i wirus nie zatrzyma się na konwencjonalnych liniach na mapie. Umożliwia to koordynację międzynarodowego przeciwdziałania. Zalecenia przychodzą z góry, pomoc przychodzi z dołu.
Ale teren tutaj jest zdradliwy.
„Istnieje wysokie ryzyko rozprzestrzenienia się epidemii ponad granicami, co może wymagać współpracy międzynarodowej w celu powstrzymania choroby”.
Wszystko zaczęło się od pielęgniarki. Pierwszym podejrzanym przypadkiem i pierwszą ofiarą był pracownik służby zdrowia, który zachorował 24 kwietnia. Do maja zmarło co najmniej czterech kolejnych pracowników służby zdrowia. Kiedy szpitale stają się epicentrum infekcji, szybkość transmisji wirusa gwałtownie rośnie. Ludzie ufają klinice, ale śmierć jest w niej uwięziona.
Przypadki skupione są w trzech okręgach prowincji Ituri w północno-wschodniej Demokratycznej Republice Konga. Są to tereny przygraniczne z Ugandą. Wirus oczywiście przekroczył granicę.
Nie ma łatwego sposobu na uzdrowienie
Testy laboratoryjne potwierdziły obecność wirusa 15 maja, ale wydłuża się szansa na wczesne powstrzymanie wirusa. Ituri jest niebezpieczne nie tylko ze względu na wirusa. Jest niebezpiecznie, bo wszystko tam jest zniszczone.
Tam szaleje konflikt. Zespoły monitorujące nie są w stanie dotrzeć w każdy zakątek. Nie mogą transportować próbek laboratoryjnych bez obawy, że wpadną w zasadzkę. Rząd próbuje sobie z tym poradzić, ale przebija się przez sito braku bezpieczeństwa i masowych przesiedleń ludności. Dodaj do tego sieć nieformalnych ośrodków zdrowia, a efektem będzie doskonała burza. Cóż, nie ideał – doskonałość nie istnieje – ale niezwykle skuteczny mechanizm destrukcyjny.
Według CBS sześciu Amerykanów zostało narażonych na kontakt z wirusem w Demokratycznej Republice Konga, chociaż nie wiadomo jeszcze, czy są zakażeni. Cały świat wstrzymał oddech.
Sytuacja mocno przypomina sytuację z 2018 r., kiedy w wyniku epidemii wirusa Zair na wschodzie kraju zginęło 2299 osób. Wtedy szczepionki zadziałały. Zatrzymali chorobę. Teraz, bez szczepionek, ryzyko rozprzestrzenienia się wirusa zagraża na północy i wschodzie – w Sudanie Południowym, Republice Środkowoafrykańskiej, Rwandzie, Burundi i Ugandzie.
WHO ostrzega, że sąsiedzi są zagrożeni. Wirus jest płynny. Granice to tylko linie na papierze, ale wirus podąża za ludźmi, ludzie podążają za rynkami, a rynki kierują się instynktem przetrwania.
Patrzymy na zegar. Czas również minął na półkach z lekarstwami.




























